W polityce można zmienić partię, można pokłócić się z dawnymi kolegami, można nawet przewartościować własne poglądy. Ale kiedy polityk wybrany głosami prawicy zaczyna zabiegać o względy obozu Donalda Tuska, trudno nie zapytać, gdzie kończy się ewolucja przekonań, a zaczyna zwyczajny oportunizm. Senator Jacek Włosowicz właśnie dostarczył powodów, by takie pytanie postawić, a jego decyzja to najpewniej efekt zapowiedzi o powstaniu prawicowego paktu senackiego.
Podczas śniadania prasowego z Rafałem Kasprzykiem, posłem Unii Centrum związanym z koalicją rządzącą, niezrzeszony senator Jacek Włosowicz przedstawił osobliwą diagnozę polskiej polityki. Jego dawna partia, Prawo i Sprawiedliwość, miała rzekomo „zdezerterować w skrajnie nacjonalistyczne odmęty”, a on sam natomiast widzi swoją przyszłość w obozie „prozachodnim”.
Jeśli ten obóz prozachodni widziałby możliwość naszej współpracy i jeżeli będę szukał jakiegoś miejsca, to tam
– zadeklarował.
To zdanie mówi o dzisiejszym Włosowiczu więcej niż niejeden wielogodzinny wywiad. Polityk czuje, że nie załapie się na pakt senacki, więc szuka innych alternatyw.
Zdrada przekonań w eleganckim opakowaniu
Włosowicz używa słowa „dezertercja”, opisując dawnych partyjnych kolegów. Tymczasem trudno oprzeć się wrażeniu, że to właśnie on oddala się od politycznego środowiska, dzięki któremu budował swoją pozycję. Oczywiście nikt nie podpisuje dożywotniego zobowiązania do członkostwa w jednej partii, a polityczna lojalność nie oznacza bezmyślnego posłuszeństwa. Istnieje jednak różnica między odejściem z ugrupowania z powodów ideowych, a poszukiwaniem miejsca na listach jego największych przeciwników.
Szczególnie znamienne jest odwołanie do „proeuropejskości”. To jedno z najbardziej zużytych haseł polskiej polityki. W praktyce często służy ono nie opisaniu konkretnego programu, lecz wystawieniu moralnego świadectwa samemu sobie i odebraniu go przeciwnikom.
Unia Centrum, czyli polityka przetrwania?
Równie interesujące jest otoczenie, w którym padły słowa senatora. Rafał Kasprzyk przekonuje, że współpraca obu parlamentarzystów się zacieśnia. Włosowicz zastrzega wprawdzie, że nie prowadzi rozmów o formalnym transferze do Unii Centrum, ale jednocześnie publicznie wskazuje środowisko, w którym mógłby szukać swojej przyszłości. Trudno o bardziej czytelny polityczny sygnał.
Problem takich ugrupowań jak Unia Centrum polega na tym, że ich tożsamość bywa znacznie mniej wyrazista niż ambicje ich liderów. Łatwo odnieść wrażenie, że najważniejszym spoiwem podobnych przedsięwzięć nie jest wspólna wizja państwa, lecz przekonanie, że przy odpowiednim ustawieniu się wobec silniejszych graczy można zachować miejsce przy politycznym stole.
W tej logice Donald Tusk nie musi nawet przekonywać potencjalnych sojuszników do swojego programu. Wystarczy, że dysponuje politycznym zapleczem, z którym warto utrzymywać dobre relacje przed kolejnymi wyborami.
Dlaczego Włosowicz zmienia front?
Pozostaje jeszcze kwestia motywacji senatora. Co sprawia, że polityk przez lata związany z prawicą zaczyna posługiwać się językiem jej najbardziej zagorzałych przeciwników? Czy rzeczywiście zmienił poglądy? Czy doszedł do wniosku, że dawny obóz nie daje mu już politycznej przyszłości? A może próbuje znaleźć dla siebie miejsce przed kolejnymi wyborami?
Nie sposób tego rozstrzygnąć na podstawie jednej wypowiedzi. W polityce nie brakuje przykładów nacisków, zależności i prób dyscyplinowania ludzi posiadających określoną wiedzę czy polityczne doświadczenie. Nie ma jednak podstaw, by twierdzić, że właśnie takie mechanizmy stoją za zachowaniem Włosowicza. Jest natomiast coś, co nie wymaga domysłów: publiczna deklaracja senatora. Człowiek kojarzony przez wyborców z prawicą dziś sam wskazuje obóz przeciwny jako potencjalne miejsce swojej dalszej kariery.
I to wystarczy, by postawić mu zasadnicze pytanie: czy wyborcy powierzali mu mandat po to, aby reprezentował określone przekonania, czy po to, aby w odpowiednim momencie znalazł sobie wygodniejsze polityczne towarzystwo?
Prawica nie potrzebuje ludzi, którzy wstydzą się własnych wyborców
Największą słabością części polskiej klasy politycznej nie jest nawet brak ideowości. Jest nią umiejętność uzasadnienia każdej zmiany frontu rzekomo wyższą koniecznością. Wczoraj konserwatyzm był dla Włosowicza przepustką do kariery, dzisiaj tą przepustką ma być „proeuropejskość”. Jutro pojawi się zapewne kolejne modne określenie, które pozwoli zachować mandat, wpływy i miejsce na liście wyborczej. Politycy mają prawo zmieniać zdanie. Wyborcy mają jednak równie mocne prawo uznać taką zmianę za sprzeniewierzenie się zaufaniu.
Jacek Włosowicz może oczywiście szukać politycznej przyszłości, gdzie tylko zechce. Nie powinien jednak oczekiwać, że wyborcy prawicy będą traktować jego deklaracje jak przejaw szczególnej odwagi.
Robert Bagiński

