Nie sama obecność kontrowersyjnych gości, lecz sposób poprowadzenia rozmowy wywołał falę krytyki wobec Kanału Zero. Wyemitowany w niedzielny wieczór materiał z udziałem Braci Kamratów wzbudził szeroką dyskusję w sieci, a wielu widzów zarzuciło twórcom brak szacunku dla odbiorców i narzucanie im interpretacji.
O tym, że w Kanale Zero pojawi się rozmowa z Braćmi Kamratami: Wojciech Olszański oraz Marcin Osadowski, wiadomo było od dłuższego czasu. Emisja była jednak kilkukrotnie odkładana, co tylko podsycało zainteresowanie.
Po ogłoszeniu terminu publikacji część komentatorów zaczęła krytykować decyzję twórcy Kanału Zero, Krzysztof Stanowski, zarzucając mu zapraszanie postaci uznawanych przez nich za skrajne. Wśród krytyków znalazł się m.in. Stanisław Żaryn, który mówił o „zagrożeniu dla bezpieczeństwa informacyjnego”.
Wywiad przerywany komentarzami
Po emisji okazało się, że materiał nie miał klasycznej formy rozmowy. Wywiad został skrócony i poprzecinany komentarzami dziennikarzy Kanału Zero oraz zaproszonych polityków. W założeniu miały one pełnić funkcję „fact-checkingu” i polemiki z tezami gości.
Wielu widzów odebrało jednak tę formę jako narzucanie ocen i interpretacji w trakcie programu, zamiast pozostawienia odbiorcom możliwości samodzielnego wyrobienia opinii. To właśnie ten element – a nie poglądy zaproszonych gości – stał się głównym źródłem krytyki.
Politycy i publicyści o „efekcie odwrotnym”
Do sprawy odnieśli się politycy i komentatorzy. Poseł PiS Dariusz Matecki podkreślił, że niezależnie od tego, kogo zaprasza się do rozmowy, wywiad powinien pozostać rozmową, a nie montażem z komentarzami.
Z kolei publicysta Rafał Otoka-Frąckiewicz ocenił, że ingerencja redakcyjna przyniosła skutek odwrotny od zamierzonego, zwiększając zainteresowanie gośćmi i wzmacniając ich przekaz w oczach części odbiorców.
Dyskusja o granicach redakcyjnej ingerencji
Dyskusja wokół materiału Kanału Zero trwa w mediach społecznościowych. Część widzów wskazuje, że zastosowana formuła podważa ideę niezależnych mediów internetowych, które miały być alternatywą dla telewizji opartych na komentarzu i „tłumaczeniu rzeczywistości” widzom.
Spór dotyczy dziś nie tylko jednego programu, lecz szerszego pytania o to, gdzie przebiega granica między redakcyjną odpowiedzialnością a brakiem zaufania do odbiorców.
Robert Bagiński

