Nie byłoby tej wolnej Polski bez takich ludzi jak on. W ciszy kieleckiego mieszkania, bez defilad i orderów na pokaz, rozegrała się scena, która ściska za serce. Andrzej Jachymczyk, pseudonim „Azjata”, powstaniec warszawski, skończył 97 lat. Miał 15, gdy chwycił za broń.
Dziś to państwo i władze samorządowe przyszły do niego z wdzięcznością, szacunkiem i wzruszeniem. Po to, aby podziękować i oddać szacunek człowiekowi, który dzisiaj jest przykładem dla innych. Takich ludzi jest coraz mniej, odchodzą i za kilka lat będziemy ich tylko wspominać.
Urodziny, które są lekcją historii
Z okazji 97. urodzin kombatanta odwiedziła Renata Janik, marszałek województwa świętokrzyskiego, w towarzystwie Arkadiusza Ślipikowskiego, zastępcy dyrektora Regionalnego Ośrodka Polityki Społecznej. Były kwiaty, pamiątkowy upominek i co najważniejsze, rozmowa. Taka, która zostaje w pamięci na długo.
Spotkanie z Panem to niezwykły zaszczyt i lekcja pokory. Pana historia pokazuje, że miłość do wolnej Polski była silniejsza niż strach 15-letniego chłopca
– mówiła marszałek Renata Janik.
Słowa te nie były kurtuazją. W tym pokoju naprawdę czuć było ciężar historii, bo opowieści dawnych powstańców z każdym rokiem nabierają na wartości.
15-letni chłopiec na barykadach
Andrzej Jachymczyk urodził się 9 stycznia 1929 roku w Warszawie. Gdy 1 sierpnia 1944 roku wybiła godzina „W”, nie był jeszcze dorosły. A jednak poszedł walczyć. Jako żołnierz Armii Krajowej i harcerz Szarych Szeregów trafił na Żoliborz, do zgrupowania „Żyrafa II”. Służył w plutonie nr 227, który odpowiadał za ochronę sztabu – jedno z najbardziej odpowiedzialnych zadań w powstańczej rzeczywistości.
Po 63 dniach walki przyszła niewola. Niemiecki obóz jeniecki, ciężka praca w Arbeitskommando, wojna zakończona na Zachodzie. Wielu jego towarzyszy już do Polski nie wróciło. On wrócił.
Kielce, czyli jego dom od 17 lat
Choć los mógł potoczyć się inaczej, miłość do ojczyzny okazała się silniejsza niż wygoda emigracji. Pan Andrzej wraz z ojcem podjął decyzję o powrocie do kraju. Od 17 lat jest mieszkańcem Kielc, miasta, które dziś może powiedzieć: mamy wśród nas żywego bohatera. On sam nie lubi patosu i nie mówi o sobie jak o herosie. Ale jego życiorys mówi wszystko.
Ewa Sztechman

