To historia, która dziś wydaje się niemożliwa. Człowiek, który rzucił na kolana polską Ekstraklasę, strzelał jak natchniony w barwach kieleckiej Korony i był o krok od mundialu, dziś żyje z dala od mediów. W głośnym wywiadzie dla Onetu, Grzegorz Piechna – uwielbiany w Kielcach „Kiełbasa” – zdradza, jak wygląda jego codzienność. Nie ma w niej drogich aut i czerwonych dywanów. Jest za to ciężka praca, węgiel i… święty spokój.
Dwadzieścia lat temu o Grzegorzu Piechnie śpiewano piosenki, a Mandaryna chciała go w swoim teledysku. Dziś rzeczywistość 48-letniej legendy Korony Kielce jest skrajnie inna. Zamiast brylować w telewizyjnych studiach, były król strzelców pracuje w firmie teściowej.
O szóstej pobudka, najpierw trzeba było cały plac odśnieżyć, wywieźć śnieg i dopiero wtedy można było węgiel rozwozić
– opowiada Piechna w rozmowie z Onetem.
Przyznaje, że praca fizyczna towarzyszyła mu zawsze, nawet w czasach największej sławy. Gdy koledzy z drużyny po wygranych meczach odpoczywali, on… szedł do masarni lub na skład opału.
„Sodówka” mu nie grozi. „Wolę pracować niż być celebrytą”
Dlaczego Grzegorza Piechny nie widzimy w roli eksperta czy trenera? Odpowiedź jest prosta: legendarny napastnik po prostu tego nie chce. Choć propozycje się pojawiają, on konsekwentnie mówi „nie”.
Mnie do tego nie ciągnie. Może jak dorosnę! Teraz wolę pracować, a nie być celebrytą. Nie rajcuje mnie to. Są ludzie stworzeni do TV, są ludzie stworzeni do pracy
– ucina krótko.
Piechna dodaje, że popularność bywała męcząca, ponieważ kamery śledziły go nawet pod szpitalem, gdy rodziło się jego pierwsze dziecko. Dziś ceni sobie prywatność, a jedyny kontakt z wielką piłką to kibicowanie najmłodszemu synowi, Antoniemu, który szkoli się w akademii Widzewa.
Gorzkie słowa o dzisiejszej piłce i pieniądzach
Choć „Kiełbasa” rzadko zabiera głos, gdy już to robi, nie gryzie się w język. Porównując dzisiejszą Ekstraklasę do swoich czasów w Koronie, nie ukrywa irytacji kwotami, jakie zarabiają obecni piłkarze.
Kluby są za bardzo rozpieszczane pieniędzmi. Przychodzi młody zawodnik czy jakiś odpad z zagranicy i dostaje 400 tys. euro na dzień dobry. A my żeśmy wszyscy grali cały sezon za takie pieniądze
– grzmi w wywiadzie dla Onetu.
Kielce wciąż w sercu
Choć w 2017 roku było głośno o jego żalu do kieleckiego klubu (mówił wtedy, że „za mało zrobił dla Korony”, bo nie było dla niego miejsca na trybunie), dziś relacje wydają się cieplejsze.
Teraz staram się co roku być na tych świętach [w klubie], naprawdę jest miło. Fajnie, że pamiętają
– mówi Piechna.
Dzięki wsparciu oldbojów Korony ma karnet i bilety dla bliskich. Mimo że w reprezentacji zagrał tylko raz i pominął go Paweł Janas przy powołaniach na mundial w 2006 roku, Grzegorz Piechna czuje się spełniony. Dla niego największym zwycięstwem jest to, że pozostał normalnym człowiekiem, któremu żadna sława nie przewróciła w głowie.
Edyta Karys

