W cichym rytmie uderzeń w maty, w kieleckim klubie Karate Kyokushin „Chikara”, można dziś spotkać człowieka, którego spojrzenie wciąż zdradza policyjny „nos”. Dla młodych adeptów karate jest on po prostu wujkiem Krzysztofem, wspierającym ich w codziennym hartowaniu ducha. Dla kieleckiego półświatka lat 90. był jednak postacią mityczną: „Wróblem”, kieleckim „Brudnym Harrym”, którego samo nazwisko wywoływało niepokój w szeregach gangsterów.
W miejscu, którego nazwa oznacza po japońsku „siłę”, Krzysztof Wróblewski znajduje dziś swój spokój, przekazując dzieciakom wartości, o które sam walczył na ulicach, gdy Kielce spływały krwią w wojnach o „DNA samochodów”.
Policyjny „samotny wilk” z „Wywiadu Kryminalnego”
Wróbel nie uznawał kompromisów. Jako funkcjonariusz kieleckiego „Wywiadu Kryminalnego”, operował w świecie, gdzie granica między policjantem, a gangsterem była cienka jak ostrze noża. W latach 90., kiedy struktury „przykrywkowców” w dzisiejszym rozumieniu dopiero raczkowały, to właśnie tacy ludzie jak on wchodzili w najgorsze środowiska.
Był wysyłany poza Kielce, dokładnie tam, gdzie nie znano jego twarzy, by infiltrował gangi samochodowe i grupy rozpracowujące transporty TIR-ów. Dzisiaj brzmi jak prehistoria, ale kiedyś była to codzienność naszego kraju.
Jego koledzy zachodzili w głowę, skąd w nim tyle determinacji. Podczas gdy inni z ulgą odliczali godziny do końca służby, on „robił wyniki” po godzinach, często podczas zakupów czy spacerów z żoną. Niektórzy kręcili głowami z niedowierzaniem: „jak mu się w ogóle chce?”. Dla Wróbla odpowiedź była prosta: policjant albo jest skuteczny 24 godziny na dobę, albo nie ma prawa nosić munduru.
Cena walki ze złem i sądowy absurd
Ta nieustępliwość miała swoją mroczną cenę. Cztery razy otarł się o śmierć. W 1997 roku cudem uniknął egzekucji, gdy po prowokacji w lokalu bandyci strzelili do niego z bliskiej odległości – uratował go jedynie instynktowny ruch głową.
Potem był brutalny lincz, kopanie po twarzy i próba dobicia. Mimo że po latach Wróbel stał się weteranem z 60-procentowym uszczerbkiem na zdrowiu, sądowy finał jednej z prób zamachu na jego życie zakpił z wszelkiej logiki: policjant musiał pokryć koszty procesu, które przewyższyły karę nałożoną na furiata z pistoletem w ręku.
Jego koledzy zachodzili w głowę, skąd w nim tyle determinacji. Podczas gdy inni z ulgą odliczali godziny do końca służby, on „robił wyniki” po godzinach, często podczas zakupów czy spacerów z żoną.
To wtedy zrozumiał, że prawo bywa narzędziem w rękach tych, których miał zwalczać. Zrozumiał, że praca w policji to specyficzny rodzaj misji: „dzisiaj jesteś jej strażnikiem, a za chwilę to samo prawo karze cię za jego egzekwowanie”.
Mimo to, nigdy nie przestał być „Wróblem”.
Dziedzictwo, które nie gaśnie
Dziś, choć oficjalnie jest na rencie, Krzysztof nie zniknął z życia miasta. Przeciwnie, wszedł w rolę, która daje mu największą satysfakcję.
Ta nieustępliwość miała swoją mroczną cenę. Cztery razy otarł się o śmierć. W 1997 roku cudem uniknął egzekucji, gdy po prowokacji w lokalu bandyci strzelili do niego z bliskiej odległości – uratował go jedynie instynktowny ruch głową.
W klubie „Chikara” hartuje charaktery młodych ludzi. Uczy ich, że prawdziwa siła (jap. chikara) nie objawia się w agresji, ale w opanowaniu i niezłomności. Rodzice, którzy przyprowadzają dzieci na treningi, często nie zdają sobie sprawy, że uczy je człowiek, który własnym ciałem osłaniał kieleckie ulice przed najbardziej bezwzględnymi bandytami lat 90.
Co więcej, „Wróbel” nie zostawił policji za sobą całkowicie. Jego syn, idąc w ślady ojca, służy w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Kielcach. To właśnie on doprowadził do rozbicia serii napadów na kieleckie markety, udowadniając, że pewne wartości – jak uczciwość i policyjny „nos” – są w tej rodzinie dziedziczne.
W klubie „Chikara”, Krzysztof Wróblewski hartuje charaktery młodych ludzi. Uczy ich, że prawdziwa siła nie objawia się w agresji, ale w opanowaniu i niezłomności.
Krzysztof Wróblewski to człowiek z „żelaza i krwi”, który mimo rozgoryczenia na system, pozostał wierny swojej przysiędze. Nawet jeśli kielecka rzeczywistość bywa dla takich ludzi wyjątkowo cierpka, on wciąż stoi na straży – tym razem wychowując nowe pokolenie, które nie pozwoli „złu” rozgościć się w mieście.
Edyta Olszewska

