Dyplomacja znad Silnicy wchodzi na wyższy poziom. Działacze Razem uznali, że wśród spraw wymagających interwencji kieleckiego samorządu jest dziś polityka Izraela. Zebrali ponad 1100 podpisów pod projektem zerwania partnerstwa z Ramlą i chcą postawić sprawę na sesji Rady Miasta.
Poprzednia próba rozbiła się o błędy formalne. Teraz podpisów jest na zapas, argumenty sięgają Strefy Gazy, więzień i MSPO, a Kielce mogą dostać własną debatę o Bliskim Wschodzie.
Z Silnicy wprost do Strefy Gazy
Trzeba przyznać, że działacze Razem mierzą wysoko. Nie kolejna dziura w ulicy, nie inwestor, którego można ściągnąć do miasta, nie pomysł na miejsca pracy. Na politycznej agendzie znalazła się Ramla – izraelskie miasto partnerskie Kielc.
Partnerstwo trwa od 2006 roku, choć – jak wynika z wypowiedzi przedstawicieli miasta i radnych – obecnie jest raczej wpisem w dokumentach niż tętniącą życiem współpracą. Razem chce ten wpis wykreślić. Pod obywatelskim projektem uchwały zebrano ponad 1100 podpisów. Jeżeli odpowiednia ich liczba przejdzie weryfikację, radni będą musieli zająć się propozycją. Najwcześniej we wrześniu.
Nie jest to pierwsze podejście. Za poprzednim razem działaczom zabrakło nie tyle politycznego zapału, co prawidłowo wypełnionych dokumentów.
Zebraliśmy ponad 500 podpisów, jednak przez błędy formalne, błędy w adresie czy nieczytelny podpis ratusz odrzucił nam 200
– wyjaśnia Dominik Kosiba z partii Razem.
Tym razem margines bezpieczeństwa jest zdecydowanie większy.
Razem: w Ramli jest więzienie
Dlaczego właściwie Kielce miałyby zerwać współpracę z Ramlą? Działacze Razem łączą sprawę miasta partnerskiego z działaniami państwa Izrael wobec Palestyńczyków. Jednym z podnoszonych przez nich argumentów jest znajdujące się w Ramli więzienie.
Mariusz Sochacki wskazuje przypadek palestyńskiego lekarza Hussama Abu Safiyi.
W Ramli znajduje się więzienie, w którym torturowani są Palestyńczycy i Palestynki. Na przykład doktor Abu Safiya, który ratował dzieci w szpitalu, nie poddał się pomimo tego, że szpital był atakowany, przez co teraz siedzi w więzieniu
– mówi działacz Razem.
Związek przyczynowo-skutkowy wygląda więc następująco: izraelskie państwo prowadzi określoną politykę, na terenie Ramli funkcjonuje więzienie, a konsekwencją ma być zerwanie przez Kielce umowy z tamtejszym samorządem.
Czy władze Ramli mają wpływ na działania izraelskiej armii albo politykę rządu? Tego w przedstawionej argumentacji już nie słychać.
Ramla to za mało. Na stole pojawia się MSPO
Na jednym izraelskim mieście Razem nie zamierza kończyć. Działacze krytykują również planowany udział izraelskich przedsiębiorstw w Międzynarodowym Salonie Przemysłu Obronnego. Według przekazywanych przez nich informacji na tegorocznym MSPO ma pojawić się 19 firm z Izraela.
Sochacki stawia sprawę jednoznacznie.
Firmy z Izraela powinniśmy traktować dokładnie tak samo jak firmy z Rosji, których od wielu lat nie ma już na targach MSPO. Nie ma powodu, żeby traktować te kraje, te firmy w inny sposób
– twierdzi.
Porównanie Izraela z Rosją jest politycznie efektowne. Z punktu widzenia Kielc pojawia się jednak nieco bardziej przyziemne pytanie: czy lokalni politycy proponujący uderzenie w obecność zagranicznych wystawców na jednym z najważniejszych wydarzeń gospodarczych miasta policzyli wcześniej możliwe konsekwencje takiego postulatu?
Bo MSPO to nie happening. To jeden z nielicznych momentów w roku, kiedy Kielce trafiają na mapę wydarzeń o rzeczywiście międzynarodowej randze.
Jest jeden sensowny argument. Tyle że zupełnie inny
Cała sprawa ma jednak drugie dno. I paradoksalnie to właśnie ono może być najmocniejszym argumentem za zakończeniem partnerstwa. Współpraca z Ramlą praktycznie nie istnieje. Przyznają to również osoby, których trudno podejrzewać o polityczną sympatię do Razem.
Radna PiS Anna Jaworska-Dąbrowska uważa, że należy uporządkować listę zagranicznych partnerstw miasta.
W naszym klubie głosy są podzielone. Ja osobiście jestem zwolennikiem zakończenia tych współprac, które funkcjonują wyłącznie na papierze, a ta współpraca taka właśnie jest. To jest współpraca, która faktycznie nie istnieje w żadnym wymiarze
– mówi.
I nagle okazuje się, że do podjęcia decyzji nie potrzeba ani wojny w Gazie, ani geopolitycznych deklaracji. Jeżeli partnerstwo przez lata nie przynosi mieszkańcom żadnych wymiernych efektów, można zwyczajnie zapytać, po co je utrzymywać.
To samo warto zresztą zrobić ze wszystkimi miastami partnerskimi Kielc. Ile było wymian uczniów? Ile wspólnych projektów? Ilu przedsiębiorców nawiązało współpracę? Co konkretnie zyskały Kielce? Taki audyt miałby przynajmniej samorządowy sens.
A może najpierw Kielce?
Problem z inicjatywą Razem nie polega więc na tym, że lokalni politycy nie mają prawa zajmować stanowiska w sprawach międzynarodowych. Mają. Problem zaczyna się wtedy, gdy symboliczny gest zaczyna udawać politykę miejską.
Kielce mają wystarczająco dużo problemów, których rozwiązanie naprawdę zależy od lokalnych polityków. Miasto potrzebuje inwestycji, miejsc pracy i gospodarczych impulsów. Zaledwie nieco ponad 13 proc. młodych deklaruje, że chce tutaj pozostać, a niemal połowa wskazuje na brak interesujących ofert zatrudnienia.
Na politykę Benjamina Netanjahu kielecka Rada Miasta ma wpływ mniej więcej żaden. Na warunki życia w Kielcach – całkiem spory. Dlatego chętnie zobaczylibyśmy równie efektowną mobilizację lokalnego Razem wokół pytania, co zrobić, żeby młody człowiek po studiach chciał zostać przy Silnicy, zamiast kupować bilet do Warszawy, Krakowa czy Wrocławia. Do tego nie potrzeba nawet 1100 podpisów. Wystarczy dobry pomysł.
Robert Bagiński

