To był mecz dla ludzi o mocnych nerwach. Wicemistrzowie Polski w 11. kolejce Ligi Mistrzów stoczyli morderczy bój z One Veszprem HC. Losy spotkania ważyły się do ostatnich sekund, a bohaterem meczu został Piotr Jarosiewicz, który mimo złamanego nosa, zachował zimną krew w decydującym momencie.
Od euforii po kryzys
Spotkanie rozpoczęło się idealnie dla podopiecznych Tałanta Dujszebajewa. Po piorunującym początku i serii pięciu bramek z rzędu, Industria w 10. minucie prowadziła już 8:3. Wydawało się, że kielczanie całkowicie zdominują mistrzów Węgier.
Niestety, maszyna z Kielc niespodziewanie się zacięła. Niewytłumaczalne błędy i skuteczna gra byłego zawodnika Industrii, Luki Cindricia, pozwoliły gościom nie tylko odrobić straty, ale i wyjść na prowadzenie. Do przerwy to Veszprem dyktowało warunki, schodząc do szatni przy wyniku 19:17.
Powrót z piekła i interwencja meczu
Druga połowa to prawdziwy rollercoaster. Węgrzy odskoczyli już na cztery trafienia (21:17), ale Industria, napędzana przez świetne interwencje Klemena Ferlina w bramce, zdołała wrócić do gry.
Końcówka meczu to walka „cios za cios”, którą kibice w Hali Legionów oglądali na stojąco. Kluczowym momentem była obrona rzutu karnego przez Ferlina na trzy minuty przed końcem przy stanie 35:34. Ta interwencja poderwała halę i dała gospodarzom mentalną przewagę.
Złamany nos nie przeszkodził
Choć trener Dujszebajew zapowiadał, że kontuzjowany Piotr Jarosiewicz (złamany nos na treningu) wejdzie tylko na rzuty karne, to właśnie on stał się kluczową postacią. Na 20 sekund przed końcową syreną, przy remisie 35:35, lewoskrzydłowy stanął przed linią siedmiu metrów.
Jarosiewicz nie zadrżał. Mimo ogromnej presji i grającej w osłabieniu drużyny (kara dla Karaleka), pewnie pokonał bramkarza Veszprem, ustalając wynik na 36:35.
To zwycięstwo niemal przypieczętowuje awans Industrii do fazy pucharowej i pokazuje, że kielecki zespół potrafi wygrywać nawet w ekstremalnie trudnych warunkach kadrowych.
Anna Barwinek

