To był mecz o „sześć punktów” – i choć gospodarze byli faworytami, do ostatniej sekundy musieli drżeć o wynik. Korona Kielce po niezwykle zaciętym boju pokonała Bruk-Bet Termalikę Nieciecza 2:1, co pozwoliło podopiecznym Jacka Zielińskiego po raz pierwszy od września 2025 roku cieszyć się ze zwycięstwa na własnym stadionie.
Od zniecierpliwienia do euforii
Początek spotkania nie rozpieszczał kibiców. Choć Korona od pierwszych minut starała się narzucić swój styl gry, przez długi czas pod bramką gości brakowało konkretów. Trybuny Exbud Areny zaczęły wykazywać oznaki zniecierpliwienia, a zawodnicy z Niecieczy groźnie kontrowali.
Przełom nastąpił tuż przed przerwą. Po rzucie rożnym bitym przez Wiktora Długosza, w zamieszaniu podbramkowym najlepiej odnalazł się Marcel Pięczek, dając kielczanom upragnione prowadzenie.
Błyskawiczna odpowiedź i nerwowa końcówka
Druga połowa rozpoczęła się idealnie dla gospodarzy. Zaledwie kilka minut po wznowieniu gry, po uderzeniu Slobodana Rubezicia, bramkarz gości wybił piłkę przed siebie, a do siatki skierował ją Kostas Sotiriou.
Kiedy wydawało się, że Korona ma mecz pod kontrolą, sytuacja zrobiła się dramatyczna. Po zdobyciu kontaktowego gola przez Ivana Durdova w 68. minucie, goście uwierzyli w odwrócenie losów spotkania. Ostatnie minuty – w tym osiem doliczonych przez arbitra – to nieustanny napór Termaliki. Kielczanie rozpaczliwie bronili wyniku, a goście byli bliscy doprowadzenia do wyrównania po strzałach Kubicy i Putiwcewa.
Wynik, który zmienia układ tabeli
Ostatecznie Korona dowiozła zwycięstwo do końca, co jest dla niej niezwykle cennym zastrzykiem punktów w walce o bezpieczną pozycję w Ekstraklasie. Dla Bruk-Bet Termaliki sytuacja jest dramatyczna – zamykają ligową tabelę, a każda kolejna porażka przybliża ich do spadku.
Kielczanie pokazali charakter, przerywając fatalną passę domową, ale styl, w jakim bronili wyniku w końcówce, z pewnością będzie jeszcze analizowany przez sztab szkoleniowy.
Edyta Olszewska

