Miał być sportowy hit, wielka tafla pod dachem i koniec z marznięciem na wietrze. Tymczasem zamiast fundamentów pod nowoczesną halę przy ul. Szczecińskiej, mamy twarde lądowanie na lodzie. Ratusz przyznaje: koszty nas przerosły. Projekt, który miał być tani i szybki, okazał się finansową pułapką, a jego cena wzrosła dwukrotnie.
Wszystko zaczęło się od wielkich zapowiedzi z ubiegłego lata. Plan był ambitny: kryta tafla 40 na 20 metrów, działająca od jesieni do wiosny, a w wakacje służąca innym sportowcom. Szybko jednak okazało się, że urzędnicy przy planowaniu budżetu wykazali się nadmiernym optymizmem.
Początkowo inwestycję wyceniono na okrągłe 3 miliony złotych. Rzeczywistość rynkowa zweryfikowała te plany bez litości. Po otwarciu ofert przetargowych w ratuszu zapadła cisza, ponieważ wykonawcy zażyczyli sobie średnio… 6,5 miliona złotych.
Wiceprezydent tłumaczy: „Budżet nie wytrzymał”
Zastępca prezydenta, Marek Jasiński, otwarcie przyznaje, że miasto wpadło w finansowe turbulencje. Pierwsze dofinansowanie, które udało się zdobyć, wystarczyło zaledwie na ułamek nowych potrzeb.
Okazało się, że koszty budowy obiektu znacząco wykraczały poza nasze założenia. Dostaliśmy 1,1 mln zł wsparcia, bo cały projekt szacowaliśmy na 3 mln. Rynek powiedział „sprawdzam” i dziś wiemy, że musimy szukać znacznie większych pieniędzy
– wyjaśnia Marek Jasiński.
Ostatnia deska ratunku w Warszawie
Co teraz? Kielce nie poddają się, ale grają vabank. Ratusz chce „urealnić” kosztorys i ponownie uderzyć do Ministerstwa Sportu i Turystyki. Plan jest prosty: wyciągnąć z Warszawy nie milion, a trzy.
W ramach ministerialnego programu możemy zgarnąć nawet połowę potrzebnej kwoty. Gdy tylko ruszy tegoroczny nabór, skrobiemy nowy wniosek o wyższe wsparcie. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby zapewnić wkład własny, ale to wymaga od nas zabezpieczenia ponad 3 milionów złotych z miejskiej kasy
– dodaje wiceprezydent Jasiński.
Na razie tylko „pod chmurką”
Póki co, zamiast przecinania wstęgi w luksusowej hali, w poniedziałek przy Szczecińskiej otwarto tradycyjne lodowisko pod gołym niebem. To ma być „rozwiązanie tymczasowe”, ale jak dobrze wiemy – prowizorki w Polsce trwają najdłużej.
Konkretnych terminów wbicia pierwszej łopaty pod zadaszony obiekt brak. Wszystko zależy od tego, czy ministerstwo sypnie groszem i czy kieleccy radni, którzy dopiero co kłócili się o budżet, znajdą dodatkowe miliony na „lodowy sen”.
Edyta Karys

