W kieleckim samorządzie rozpoczęło się polowanie na czarownice, które z prawem i etyką nie ma nic wspólnego. Próba wygaszenia mandatu Macieja Burszteina to nie jest troska o „nienaganny wizerunek” radnego, lecz brutalna, prymitywna hucpa polityczna szyta grubymi nićmi przez środowiska sprzyjające prezydent Agacie Wojdzie.
Wniosek o odebranie mandatu za incydent obyczajowy, w którym nie doszło do złamania żadnego przepisu karnego czy administracyjnego, to nie tylko prawny analfabetyzm, ale próba politycznego morderstwa na radnym, którego jedynym błędem jest to, że jest niezależny.
Prawo kontra propaganda
Na biurko Przewodniczącego Rady Miasta wpłynęły dwa wnioski o wygaszenie mandatów. Choć propaganda próbuje wrzucić je do jednego worka, z prawnego punktu widzenia dzieli je przepaść.
Pierwszy dotyczy Dariusza Gacka i uderza w fundamenty niezależności radnego. Gacek, do niedawna członek klubu „Perspektywy”, znalazł zatrudnienie w miejskiej spółce PGO. Tu sprawa jest poważna i merytoryczna, bo dotyczy tego, czy radny, który ma kontrolować prezydent Agatę Wojdę, może być jednocześnie jej podwładnym w spółce należącej w 100% do miasta?
Fakty są takie, że radny nie może pracować w spółce zależnej od gminy, w której uzyskał mandat, ale tylko we władzach zarządzających lub jako pełnomocnik. Zwykły stosunek pracy nie jest bezpośrednio zabroniony. Tymczasem Gacek został tam zatrudniony na stanowisku tylko specjalisty ds. edukacji ekologicznej.
Drugi wniosek uderza w Macieja Burszteina i opiera się na… niedzielnym spacerze po centrum miasta. Bursztein przyznał, że miał „słabszy dzień”, był nietrzeźwy i ubrudził pizzą przypadkowy samochód. I to wszystko. Żadnych zarzutów, żadnych mandatów, żadnej agresji. Tylko ludzkie potknięcie, za które radny przeprosił.
Mandat wolny to nie „widzimisię” partyjnego aparatu
Próba wygaszenia mandatu Burszteina na podstawie „aspektu obyczajowego” to niebezpieczny precedens i kompromitacja wnioskodawców.
Ustawa o samorządzie gminnym precyzyjnie wylicza sytuacje, w których można odebrać mandat: śmierć, zrzeczenie się, utrata prawa wybieralności czy prawomocny wyrok za przestępstwo umyślne. Katalog ten jest zamknięty. Bursztein nie ucieka od odpowiedzialności za swoje prywatne potknięcie, co czyni go znacznie bardziej wiarygodnym od partyjnych aparatczyków.
Tak, nie byłem trzeźwy. Tak, jadłem pizzę, ubrudziłem się tą pizzą, ubrudziłem nią również przypadkowy samochód, o który się oparłem. Wcale po nim nie skakałem
– wyjaśnił w opublikowanym w internecie filmiku.
Jednocześnie zaznaczył, ze gdyby kiedykolwiek zrobił coś, co kwalifikowałoby się do wygaszenia mandatu, to w takiej sytuacji honorowo zrezygnował by z niego sam. W tej sytuacji żadna taka okoliczność nie zachodzi.
Dlaczego zatem ta sprawa w ogóle jest procedowana? Bo Bursztein jest niezależny finansowo i politycznie, a to w kieleckim Ratuszu grzech niewybaczalny.
Nagonka pod dyktando Koalicji Obywatelskiej
Nie miejmy złudzeń. Ta nagła „obywatelska troska” o standardy etyczne to starannie zaplanowana nagonka medialna. Radny Bursztein stał się celem numer jeden, ponieważ jako lider potrafił twardo walczyć o sprawy miasta i nie da się go kupić, ponieważ jest niezależny finansowo.
Rozmawialiśmy z radnym Koalicji Obywatelskiej, który anonimowo opowiedział nam, skąd tyle kontrowersji na temat radnego Burszteina w zaledwie kilka dni. Bez ogródek wskazuje, że nie chodzi o standardy, ale zniszczenie człowieka.
Jest to nasza gra polityczna, która i będzie tylko bardziej bezwzględna. Robimy to, ponieważ on po rozwiązaniu klubu zaczął spiskować z PiS-owcami. Udaje niezależnego, ale my wiemy, że budują szerszą strategię
– wyjaśnia nam anonimowo działacz KO.
Metoda jest stara jak świat: skoro nie możemy go kupić , to go oplujemy i przykleimy mu łatkę skandalisty.
Podsumowanie: Czy prawo przegra z propagandą?
Zbliżająca się sesja 9 kwietnia będzie egzaminem z przyzwoitości dla kieleckich radnych. Będą musieli zdecydować, czy stoją na straży prawa i wolności mandatu, czy stają się pionkami w brudnej grze Koalicji Obywatelskiej.
Robert Bagiński

