To miał być wieczór Ondřeja Lingra. Czech w swoim ligowym debiucie dla Korony Kielce huknął z dystansu, dał gospodarzom prowadzenie i przez ponad godzinę jego gol wystarczał do pokonania Wisły Kraków. Wszystko rozsypało się w doliczonym czasie gry. Alan Uryga wykorzystał zamieszanie w polu karnym i uratował „Białej Gwieździe” remis 1:1. Kielczanie trzeci raz w tym sezonie zagrali u siebie i trzeci raz skończyli dokładnie takim wynikiem.
Sobotnie spotkanie 7. kolejki PKO BP Ekstraklasy miało być kolejnym potwierdzeniem dobrej dyspozycji Korony. Kielczanie po falstarcie w Białymstoku zaczęli regularnie punktować, a do starcia z Wisłą przystępowali po wyjazdowym zwycięstwie 2:0 nad Wisłą Płock.
Naprzeciw stanął jednak beniaminek, który po powrocie do Ekstraklasy nie zamierza pełnić roli statysty. Od początku było widać, że w Kielcach łatwego meczu nie będzie.
Debiut, strzał z dystansu i eksplozja radości
Pierwszy konkret należał do Korony. W 25. minucie na listę strzelców wpisał się Ondřej Lingr. I zrobił to efektownie. Czeski pomocnik kapitalnie uderzył z dystansu, nie dając Marcelowi Łubikowi szans na skuteczną interwencję. Dla sprowadzonego tego lata reprezentanta Czech był to ligowy debiut w żółto-czerwonych barwach i od razu pierwszy gol.
Korona schodziła na przerwę z prowadzeniem 1:0. Gospodarze mieli również okazje, aby powiększyć przewagę. Później obraz spotkania zaczął się jednak zmieniać. Wisła coraz mocniej naciskała, a kielczanie zamiast uspokoić mecz pozwolili rywalom wejść w wymianę ciosów.
Jak chcemy być klasową drużyną, która walczy o coś więcej niż o środek tabeli czy o utrzymanie, to musimy lepiej zarządzać meczem
– przyznał po spotkaniu Kamil Jakubczyk.
Pomocnik Korony nie ukrywał, że gospodarze sami pozwolili Wiśle uwierzyć w odrobienie strat.
W pierwszej połowie mieliśmy dużo okazji do podwyższenia rezultatu, ale później za bardzo poszliśmy na wymianę ciosów, w takie dwa ognie i rywale mieli sporo tych sytuacji
– ocenił.
Wszystko runęło w doliczonym czasie
Kielczanie długo bronili jednobramkowej przewagi. Kiedy wydawało się, że trzy punkty zostaną przy Ściegiennego, przyszła akcja, która zepsuła gospodarzom cały wieczór. W doliczonym czasie gry po długiej piłce powstało zamieszanie w polu karnym Korony. Najlepiej odnalazł się w nim Alan Uryga. Kapitan Wisły uderzeniem głową doprowadził do remisu. Po chwili było po wszystkim.
Zamiast zwycięstwa nad „Białą Gwiazdą” Korona musiała zadowolić się jednym punktem. Co ciekawe, to już trzeci domowy mecz kielczan w tym sezonie i trzeci zakończony remisem 1:1.
Cóż można powiedzieć po takim zakończeniu. Ja nie mówię, że po meczu, tylko po zakończeniu. Jesteśmy po prostu na siebie źli, bo daliśmy sobie wydrzeć to ciężko zapracowane zwycięstwo, można powiedzieć, w ostatnich sekundach i to bardzo boli
– mówił po spotkaniu trener Jacek Zieliński.
Szkoleniowiec Korony nie szukał usprawiedliwień.
To jest tylko i wyłącznie nasza wina. Popełniliśmy błąd, daliśmy się po prostu zaskoczyć i skończyło się, jak się skończyło
– ocenił.
Lingr: cieszę się z gola, ale…
Największy niedosyt mógł czuć Lingr. Czech zaliczył niemal wymarzony debiut przed kielecką publicznością, ale jego bramka ostatecznie nie dała zespołowi kompletu punktów.
Cieszę się, że w moim ekstraklasowym debiucie strzeliłem gola przed naszymi świetnymi kibicami, ale niestety w ostatnich minutach straciliśmy bramkę
– powiedział.
Jednocześnie przyznał, że remis nie wziął się znikąd. Wisła po przerwie stworzyła sobie sporo okazji.
Szczerze mówiąc, Wisła grała naprawdę dobrze. Rywale mieli wiele szans. Przetrwaliśmy pierwszą połowę, ale w końcówce meczu w prosty sposób, po długiej piłce przeciwnik wyrównał
– dodał Czech.
Po drugiej stronie nastroje były zupełnie inne. Wisła do końca wierzyła, że może uratować spotkanie.
W drugiej połowie mieliśmy inicjatywę, przewagę i były takie momenty, w których powinniśmy tę bramkę zdobyć wcześniej
– powiedział trener krakowian Mariusz Jop. Jak podkreślił, jego drużyna do końca zachowała wiarę i wywiozła punkt z trudnego terenu.
Punkt, który smakuje jak porażka
Formalnie Korona dopisała do dorobku punkt. Patrząc na okoliczności, trudno jednak oczekiwać w Kielcach zadowolenia. Prowadzenie od 25. minuty, własny stadion i zwycięstwo znajdujące się dosłownie na wyciągnięcie ręki – wszystko zostało zaprzepaszczone w ostatnich sekundach.
Z drugiej strony kielczanie sami przyznają, że po przerwie pozwolili Wiśle na zbyt wiele. I właśnie nad zarządzaniem takimi spotkaniami drużyna Jacka Zielińskiego będzie musiała pracować, jeśli rzeczywiście chce w tym sezonie patrzeć wyżej niż tylko na spokojne miejsce w środku tabeli.
Na razie pozostaje niedosyt. Szczególnie że przy Ściegiennego Korona wciąż czeka na pierwsze ligowe zwycięstwo w tym sezonie. Trzy mecze, trzy remisy i za każdym razem 1:1.
Robert Bagiński

