To już nie jest zwykły spór o pieniądze, ale otwarta wojna o przetrwanie jednej z najważniejszych spółek w mieście. Do kieleckiego ratusza wpłynęło porażające, jedenastostronicowe ultimatum, które jest de facto aktem oskarżenia wobec polityki prezydent Agaty Wojdy.
Związkowcy z Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacji, przyparci do muru, wyciągają najcięższe działo: strajk!
Mamy do czynienia z politycznym scenariuszem
– grzmią pracownicy, oskarżając władze o próbę dobicia spółki i faworyzowanie konkurencji.
Tym samym, Kielce stają u progu największego kryzysu od lat, a dokument, który trafił na biurko prezydent Agaty Wojdy, nie pozostawia suchej nitki na sposobie prowadzenia „dialogu” przez miasto.
„Polityczny scenariusz” zamiast rozmowy
Związkowcy czują się oszukani i publicznie upokorzeni. W swoim piśmie punktują brutalną rzeczywistość kuluarowych spotkań, które ich zdaniem są jedynie fasadą dla wcześniej podjętych decyzji politycznych. Szczególnie mocno uderzają w przebieg lutowego spotkania z władzami, które obnażyło brak dobrej woli ze strony ratusza.
Przebieg zapowiedzianego spotkania (…) pokazał, że mieliśmy do czynienia raczej z politycznym scenariuszem niż realną wolą rozmowy. (…) Sposób potraktowania przedstawicieli spółki odbieramy jako lekceważący i upokarzający
– czytamy w ostrym stanowisku związku.
Pracownicy MPK nie godzą się na rolę statystów w spektaklu prezydent Wojdy. Zarzucają jej, że formułuje ciężkie zarzuty pod adresem spółki w obecności mediów, jednocześnie odmawiając przedstawicielom załogi prawa do merytorycznej odpowiedzi.
To, co miasto nazywa „dialogiem”, związkowcy kwitują krótko: to „bezdyskusyjne stwierdzenia”, które mają zdyskredytować spółkę w oczach opinii publicznej.
Cień konkurencji i kuriozalne „autobusy widma”
Pismo związku odkrywa również drugie dno kieleckiego transportu tj. podejrzenie o drastyczne faworyzowanie konkurencji kosztem rodzimego MPK. Związkowcy wyliczają serię uchybień Zarządu Transportu Miejskiego, który miał przymykać oko na skargi dotyczące innych operatorów, podczas gdy wobec MPK stosuje „dokręcanie śruby”.
Pada przykład niemal kryminalny: historia pojazdu o numerze bocznym 1219. Według związku, miasto płaci za ubezpieczenie autobusu, którego od lat nie ma na zajezdni i nikt nie potrafi wskazać, gdzie się znajduje.
Sytuacja ta budzi poważne wątpliwości i trudno ją określić inaczej niż jako kuriozalną
– alarmują autorzy listu, wskazując przy okazji na „ewidentne faworyzowanie konkurencji”, której pozwala się na parkowanie w zatokach autobusowych, byle tylko obniżyć jej koszty.
Sprawę skomentował dla Portalu Kieleckiego radny Prawa i Sprawiedliwości Arkadiusz Slipikowski. Jego zdaniem, miasto nie tylko powinno, ale ma obowiązek rozmawiania z załogą spółki, ponieważ ma w niej 30 procent udziałów.
Związkowcy mają prawo do obrony swoich miejsc pracy. W dzisiejszych czasach, gdy mamy problemy z cenami paliw, zapisy tej umowy powinny zostać zaktualizowane o nowe warunki. Minimum, to spotkanie z przedstawicielami firmy, zwłaszcza, że jest to spółka w której miasto ma 30 procent udziałów. Były próby dialogu z miastem, sam byłem na takim spotkaniu, i rozmowy miały być kontynuowane
– powiedział radny Slipikowski.
Strajk na horyzoncie? „Nie wykluczamy żadnej możliwości”
Stawka tej gry jest przerażająco wysoka: 600 miejsc pracy i codzienna mobilność tysięcy kielczan. Bogdan Latosiński, szef związku i wiceprzewodniczący rady nadzorczej MPK, mówi wprost, że w obronie spółki pracownicy są gotowi na wszystko.
Związkowcy żądają natychmiastowego odkupienia przez miasto udziałów od spółki pracowniczej, wstrzymania budowy nowej zajezdni oraz zaprzestania naliczania kar za wiekowy tabor, co w dobie kryzysu paliwowego uznają za próbę finansowego wykończenia firmy.
Jeśli postulaty nie zostaną spełnione, związek podejmie „działania w celu obrony spółki”. Pytany o strajk, Latosiński nie pozostawia złudzeń i nie wyklucza żadnej, nawet najostrzejszej formy protestu.
Co na to Agata Wojda? Prezydentka zdaje się bagatelizować zagrożenie, twierdząc, że „historia straszenia strajkiem jest długa”. Pytanie tylko, czy tym razem nie przelicytuje, zostawiając mieszkańców Kielc na przystankach, z których nic nie odjedzie.
Robert Bagiński

