Skarżysko-Kamienna od 1 lipca kasuje bilety i wprowadza darmową komunikację dla każdego, kto uczciwie rozlicza tam PIT. Starachowice zrobiły to już cztery lata temu i zaliczyły potężny, ponad dwukrotny wzrost liczby pasażerów. Nawet wojewódzki Gorzów Wielkopolski od stycznia jedzie bez biletów. W tym samym czasie w Kielcach temat darmowego transportu wciąż traktowany jest jak odległa, utopijna baśń z tysiąca i jednej nocy.
Czy kielecki pasażer doczeka kiedyś dnia, w którym zamiast przykładać kartę do kasownika, po prostu wsiądzie i pojedzie za zero? Szanse są, ale najpierw kielecki ratusz musi przestać bać się własnego cienia.
Skoro im się udało, to dlaczego nie w Kielcach?
Głównym argumentem przeciwników darmowych autobusów w stolicy regionu są zawsze pieniądze. I fakt, utrzymanie darmowej sieci to potężne obciążenie dla budżetu. Dolnośląski Lubin na swoje bezpłatne linie wydaje rocznie około 25 milionów złotych. Skarżysko, jako znacznie mniejszy organizm, zamknie się w kwocie 1,7 miliona złotych rocznie. Kielce to oczywiście zupełnie inna skala wydatków, ale przykład Gorzowa Wielkopolskiego, również miasta wojewódzkiego, udowadnia, że wielkość budżetu nie jest barierą nie do przebicia, jeśli tylko zmieni się priorytety.
Klucz do sukcesu, który mógłby otworzyć drzwi do darmowych przejazdów w Kielcach, leży w pomyśle, który właśnie wdraża Skarżysko: ściągnięcie podatków do miejskiej kasy. Warunkiem darmowej jazdy u naszych sąsiadów jest posiadanie karty mieszkańca, wydawanej tylko tym, którzy tu mieszkają, płacą PIT i złożyli deklarację śmieciową. Gdyby Kielce zaoferowały darmowe autobusy wyłącznie dla legalnych podatników, tysiące osób mieszkających w podkieleckich gminach natychmiast przepisałoby swoje rozliczenia podatkowe do kieleckiego urzędu skarbowego. Zysk z podatków mógłby z nawiązką pokryć koszty darmowych biletów.
Sam brak biletów to za mało
Żeby ten ambitny plan kiedykolwiek się udał, Kielce muszą odrobić jeszcze jedną, arcytrudną lekcję domową. Sam fakt, że autobus będzie darmowy, nie sprawi magicznie, że ludzie porzucą swoje przyzwyczajenia. Przełomowy raport Najwyższej Izby Kontroli (NIK) wyraźnie ostrzega: w kilku polskich miastach, mimo wprowadzenia darmowej komunikacji i postawienia nowych przystanków, liczba pasażerów i tak spadła.
Dlaczego tak się stało? Ponieważ bezpłatna komunikacja ma sens tylko wtedy, gdy jest autentycznie użyteczna. Jeśli kieleckie autobusy nadal będą kursować rzadko, siatka połączeń pozostanie nielogiczna, a trasy nie będą dopasowane do tego, gdzie mieszkańcy faktycznie chcą dojechać do pracy czy lekarza, darmowy bilet będzie tylko pustym, wyborczym hasłem. Skarżysko doskonale to zrozumiało, dlatego wraz z likwidacją biletów od razu dokłada 30 tysięcy wozokilometrów rocznie i wprowadza stały, przewidywalny rozkład jazdy.
Czy w Kielcach to się kiedyś uda? Tak, ale dopiero wtedy, gdy urzędnicy zrozumieją, że darmowa komunikacja to nie kosztowny prezent dla mieszkańców, ale twarda, długofalowa inwestycja, która wymaga całkowitego zaorania obecnego, przestarzałego rozkładu jazdy. Skarżysko i Starachowice właśnie uciekają nam w XXI wiek. Czas, by kielecki ratusz w końcu wsiadł do tego samego pociągu.
Michał Bukowski

