Kielecka Kadzielnia miała zyskać kolejną atrakcję turystyczną, ale skończy się nudną akcją adopcyjną. Wszystko przez mężczyznę, który brutalnie zepsuł ciekawy projekt estetyczny. Ktoś z głową na karku wypuścił tam potężne, białe króliki hodowlane, żeby żyły na wolności, cieszyły oko turystów i za darmo kosiły trawę. I wtedy pojawił się nadgorliwy łowca, który z klatką w ręku wyłapał „pięciu Wacków i Jadzię”.
Zwolennicy „polskiej Japonii” nazwali go sabotażystą, ale my dotarliśmy bezpośrednio do samego zainteresowanego. Prawda o tym, co działo się w rezerwacie, mrozi krew w żyłach.
Japonia ma jelenie, Rzym ma koty, a Kielce mogły mieć…
Światowe metropolie płacą miliony za utrzymanie zwierząt, które są żywymi wizytówkami miast. W japońskiej Narze jelenie kłaniają się turystom na chodnikach, na wyspie Ōkunoshima rządzą setki uszaków, a w Rzymie dzikie koty mają oficjalny status władców starożytnych ruin.
Kielce mogły rzucić wyzwanie światu. Pięcio i siedmiokilogramowe, puszyste potwory na tle majestatycznych skał Kadzielni, to byłby marketingowy majstersztyk. Tłumy z Warszawy i Krakowa waliłyby drzwiami i oknami, żeby zrobić sobie selfie z „Królem Kadzielni”. Niestety, uszaty sen o potędze został brutalnie przerwany przez jednego nadgorliwca.
„Zepsuł taki piękny plan!”
Kieleccy zwolennicy króliczej wolności nie zostawiają w sieci suchej nitki na łowcy królików. Pojawiło się wiele komentarzy negatywnych wobec łowcy królików.
– No i po co ten człowiek się wtrącał?! – wścieka się pan Sebastian, kielecki aktywista krajobrazowy. – Dałyby sobie radę! Instynkt by wygrał, silniejsze Wacki uciekłyby w jaskinie, założyły podziemne kolonie i za dwa lata mielibyśmy nową, unikalną rasę: Królika Kadzielniańskiego! Miasto zaoszczędziłoby na kosiarkach, a ludzie mieliby radochę. Że lis zjadł ich matkę? Taka jest natura, selekcja naturalna! A ten wariat złapał je w klatki i zamknął w domach, niszcząc wizję kieleckiej Australii!
Inny mieszkaniec dodaje krótko:
– To był genialny projekt, a wyszła urzędnicza nuda. Zamiast żywej atrakcji na koszt natury, mamy kolejne ogłoszenie, że „króliki są do kochania, a nie do jedzenia”. Zmarnowano potencjał na coś naprawdę pięknego!
Łowca odpowiada krytykom
Zadzwoniliśmy bezpośrednio do człowieka, który wyłapał uszaki z rezerwatu. Rafał Samczyński ma zupełnie inne zdanie na temat „rajskiej wizji” i bezlitośnie punktuje naiwność kieleckich kanapowych ekologów. Jego słowa nie pozostawiają złudzeń – sekundy brakowało, a zamiast maskotek turyści oglądaliby makabryczne sceny!
– Ci, którzy twierdzą, że to byłaby atrakcja dla turystów, zapominają, że najpierw zajęłyby się nimi lisy, które w Kadzielni zrobiłyby sobie stołówkę – mówi Portalowi Kieleckiemu prosto z mostu łowca. – Ja przyjechałem tam w ostatnim momencie, bo gdybym tych nie wyłapał, to zginęłyby tak samo jak ich matka. Uratowałem im życie!
Co więcej, nasz rozmówca przekazał nam fantastyczną wiadomość, która ostatecznie ucina spekulacje o rzekomym „więzieniu” królików w ciasnych klatkach. Akcja adopcyjna idzie jak burza i część królików z legendarnej ferajny zdążyła już znaleźć swoje nowe, bezpieczne, a przede wszystkim liso-odporne domy!
Kielecki sen o potędze utonął w klatce czy uciekł przed śmiercią?
Zainteresowani podzielili się na dwa obozy. Z jednej strony mamy potężny żal za utraconym globalnym hitem na TikToku, setkami tysięcy zachwyconych turystów i darmowym ekokoszeniem, które miało rozsławić region. Z drugiej – twardą, brutalną rzeczywistość kieleckiej przyrody, w której puszyste, białe giganty zamiast królami skał, stałyby się po prostu łatwym i szybkim obiadem dla miejscowych drapieżników.
Pięciu Wacków i jedna Jadzia nie stworzą nowej rasy na Kadzielni, ale dzięki szybkiej akcji żyją, mają się dobrze i podbijają prywatne salony.
Zuzanna Rolka

