To mogło skończyć się tragicznie, a skończyło… na wstydzie i mandacie. W miejscowości Ruda Białaczowska doszło do jednej z najdziwniejszych kolizji tego roku. Kierowca osobówki stanął oko w oko z potężnym składem i – o zgrozo – postanowił ruszyć prosto na niego.
Skąd takie nieracjonalne zachowanie? Mężczyzna uznał, że syrena pociągu to… zaproszenie do jazdy. Cud sprawił, że nikt nie zginął.
Sygnał śmierci czy znak do startu?
Dramatyczne, a zarazem kuriozalne sceny rozegrały się dzisiaj rano w powiecie koneckim. Około godziny 8:00 służby otrzymały sygnał, który zmroził krew w żyłach: zderzenie samochodu z pociągiem. Na miejsce natychmiast wysłano trzy zastępy straży pożarnej.
Jak się okazało, pociąg właśnie ruszał ze stacji, a maszynista zgodnie z procedurą nadał sygnał dźwiękowy. Zamiast zatrzymać kierowcę, głośny ryk lokomotywy zadziałał na niego jak zielone światło.
Okazuje się, że prowadzący samochód błędnie zinterpretował sygnały dźwiękowe nadjeżdżającego pociągu. Był przekonany, że to sygnał dla niego, że może spokojnie jechać i ruszył, niestety uderzając prosto w bok pociągu
– relacjonuje Portalowi Kieleckiemu Mariusz Czapelski, oficer prasowy KPP Straży Pożarnej w Końskich.
Milimetry od tragedii
Samochód uderzył w bok ruszającego składu. Siła uderzenia mogła zmiażdżyć auto, ale pociąg dopiero nabierał prędkości, co uratowało kierowcę przed najgorszym. Choć przód osobówki został poważnie uszkodzony, w zdarzeniu – co zakrawa na cud – nikt nie został poszkodowany.
Na miejscu przez kilkadziesiąt minut pracowali strażacy i policja, która teraz dokładnie wyjaśnia okoliczności tego absurdalnego zdarzenia.
Kierowca będzie musiał teraz nie tylko naprawić auto, ale też odpowiedzieć za stworzenie ogromnego zagrożenia w ruchu lądowym. Ta historia powinna być przestrogą dla wszystkich: na przejazdach kolejowych ufamy znakom, a nie własnej „interpretacji” syreny!
Zuzanna Rolka

