Zasłaniają się ciężką pracą dla wyborców, a w rzeczywistości wyciągają z sejmowej kasy gigantyczną gotówkę. Świętokrzyscy parlamentarzyści w 2025 roku dostali potężny ryczałt na paliwo, bo łącznie zgarnęli blisko 335 tysięcy złotych, wykręcając na licznikach ponad 291 tysięcy kilometrów!
Skala tego procederu poraża: większość posłów niemal idealnie ociera się o maksymalny dozwolony limit. Inni biorą tylko trochę mniej. Takiego komfortu, zwrotu za używanie prywatnego samochodu, nie ma w Polsce żadna inna grupa społeczna.
Siedem razy dookoła Ziemi! Kto doi system najmocniej?
Dystans, jaki rzekomo przejechali posłowie z okręgu kieleckiego w zaledwie dwanaście miesięcy, robi spore wrażenie. Ponad 291 tysięcy kilometrów to tak, jakby ponad siedem razy okrążyć kulę ziemską wzdłuż równika albo zrobić 800 kursów z Kielc do Warszawy i z powrotem. Najbardziej „zapracowani” posłowie spędzali w samochodach tyle czasu, że miesięcznie musieliby robić średnio po 3,5 tysiąca kilometrów.
W tym sejmowym rajdzie po publiczne pieniądze wyłoniła się grupa liderów, która niemal do grosza wyczyściła roczny limit. Krzysztof Lipiec i Agata Wojtyszek z PiS osiągnęli absolutny sufit, każde z nich zadeklarowało równe 42 tysiące kilometrów i przytuliło po 48 300 złotych.
Tuż za ich plecami idą jednak kolejni parlamentarzyści, którzy bez skrupułów wykorzystali system. Andrzej Kryj (PiS) wyrwał z kasy 48 082 zł (41 810 km) -zabrakło mu groszy do maksa. Mariusz Gosek (PiS) zgarnął 45 922 zł (39 933 km), Lucjan Pietrzczyk (KO) rozliczył 44 166 zł (38 405 km), a Rafał Kasprzyk (Centrum) przytulił 43 010 zł (37 400 km).
Patrząc na te liczby, trudno oprzeć się wrażeniu, że barwy partyjne nie mają znaczenia, gdy w grę wchodzi darmowa kasa z Kancelarii Sejmu, posłowie od lewa do prawa wykazują zadziwiającą, wspólną solidarność w dociąganiu do limitu.
Królowie szos mają darmowe loty i pociągi. Po co im kilometrówki?
To właśnie ten mechanizm budzi najgorsze skojarzenia i potężne oburzenie opinii publicznej. Przez lata cały system opierał się na zwykłych oświadczeniach. Poseł wpisywał w tabelkę, ile przejechał, a urzędnicy bezradnie wypłacali gotówkę, bo nikt nie weryfikował realnych tras, faktur za paliwo czy stanów liczników w prywatnych autach!
Bezczelności całej sprawie dodaje fakt, że polscy parlamentarzyści na co dzień pławią się w luksusach, o jakich zwykły Polak może tylko pomarzyć. Mają zagwarantowane całkowicie darmowe loty krajowe oraz darmowe przejazdy pociągami i komunikacją publiczną w całym kraju. Mimo to, ponad połowa świętokrzyskiej delegacji uznała, że to za mało i trzeba z kasy państwa wyciągnąć dodatkowe kilkadziesiąt tysięcy złotych na „paliwo”. Dla porównania, na szarym końcu zestawienia znaleźli się Andrzej Szejna z Lewicy (28,3 tys. zł), Marzena Okła-Drewnowicz z KO (14,3 tys. zł) oraz Michał Wawer z Konfederacji (14,2 tys. zł). Pozostali posłowie z regionu nie wzięli ani grosza.
Od 2026 roku urzędnicy wejdą im do aut
Wygląda na to, że ten bezczelny rajd po publiczne pieniądze w końcu doczekał się twardej reakcji. Pod naciskiem mediów i wściekłych wyborców, od 1 stycznia 2026 roku Kancelaria Sejmu wprowadziła rewolucyjne i niezwykle rygorystyczne przepisy, które mają ukrócić proceder „dojenia” kilometrówek.
Przede wszystkim brutalnie ścięto limit na jazdy lokalne po okręgu wyborczym, teraz ryczałt wynosi maksymalnie do 1500 kilometrów miesięcznie, co oznacza, że posłowie stracą dostęp do łatwej gotówki. Co więcej, jeśli jakikolwiek parlamentarzysta będzie chciał rozliczyć podróż poza swój okręg, będzie musiał prowadzić pedantyczny i szczegółowy rejestr.
Zuzanna Rolka

