Myśleliście, że ekstremalne survivalowe przygody można przeżyć tylko w amazońskiej dżungli lub na wojskowym poligonie? Nic z tego! Kielecki Ogród Botaniczny właśnie udowodnił, że potrafi dostarczyć ekstremalnych wrażeń bez opuszczania miasta. Zamiast relaksu wśród pachnących lilaków, grupa zwiedzających zaliczyła tam traumatyczny obóz przetrwania.
Powód był prozaiczny, choć wielu powinien dać do myślenia. Bramy obiektu zatrzasnęły się z hukiem punktualnie o 18:00, zamieniając beztroskich spacerowiczów w więźniów kieleckiego obiekltu. Żeby odzyskać wolność, przerażona kobieta musiała… forsować brzuchem wysoką bramę na oczach męża.
Kielecki park rozrywki dla kaskaderów
Sprawę zrelacjonowała regionalna TVP. Pani Katarzyna wraz z mężem postanowili spędzić urocze popołudnie wśród różaneczników. Weszli legalnie po godzinie 17:00, zapłacili i ruszyli w tango z naturą. Gdy sielanka dobiegła końca, przeżyli zimny prysznic – wyjściowa brama została bezwzględnie zamknięta na wielką kłódkę. Żadnego żywego ducha, zero numerów alarmowych, a wokół potężny, 13-hektarowy teren i rosnąca panika. Na domiar złego, w pułapce zatrzasnęła się jeszcze jedna para.
Zamiast romantycznego powrotu do domu, rozpoczęła się dramatyczna walka o przetrwanie. Ponieważ nikt nie kwapił się, by uwolnić zakładników kieleckiego botanika, pani Katarzyna musiała wziąć sprawy w swoje ręce, a raczej w brzuch. Przewiesiła się przez wysokie, metalowe ogrodzenie i skoczyła w dół, a w jej ślady poszedł małżonek. Gratulujemy kondycji, ale chyba nie tak miały wyglądać „piękne wspomnienia” z miejskiej atrakcji.
Kierownik radzi z empatią: Trzeba pilnować zegarka!
Gdy oburzeni turyści zgłosili sprawę do naszej redakcji, postanowiliśmy natychmiast sprawdzić, kto odpowiada za ten botaniczny Alcatraz. Odpowiedź szefostwa placówki jest po prostu rozbrajająca i idealnie wpisuje się w klimat legendarnego „nie mamy Pańskiego płaszcza i co nam Pan zrobi”.
Dr Bartosz Piwowarski, kierownik Ogrodu Botanicznego w Kielcach, ze stoickim spokojem przyznaje, że sytuacja jest wprawdzie przykra, ale… regulamin to świętość! Ogród zamyka się o 18:00 i kropka.
Potrafię wejść w skórę tych osób, które znalazły się w ogrodzie, ale trzeba też bardziej pilnować zegarka i czasu
– ucina filozoficznie dr Piwowarski.
Pracownicy co prawda mają obowiązek robić obchód, ale kierownictwo tłumaczy, że teren jest wielki i łatwo tam zniknąć. No tak, bo przecież liczenie ludzi na wejściu i wyjściu albo zamontowanie jednej głupiej tabliczki z numerem telefonu przerosłoby system. Spóźniłeś się minutę? Trenuj skok wzwyż!
Przewodnik łapie się za głowę
Podczas gdy część porządnych, kieleckich tradycjonalistów uważa, że „skoro jest godzina zamknięcia, to trzeba się dostosować”, eksperci łapią się za głowy. Dominik Kowalski, znany przewodnik turystyczny, podkreśla bezlitośnie, że taka sytuacja w cywilizowanym świecie w ogóle nie powinna mieć miejsca. Co, gdyby uwięziona osoba nie miała przy sobie telefonu albo doznała urazu podczas skoku przez płot? Bezpieczeństwo powinno być najważniejsze, a nie ślepe trzymanie się kłódki o 18:00.
Marta Grasegger

